|
Nie ma co przeczyć. Nartowanie też przez dłuższy czas było
pasją mojego życia. Można rzec – żyłem dla nartowania.
Niestety okoliczności przeróżne, jak uszkodzenie nogi, która
silnie reaguje na temperatury poniżej +8 st.C, skutecznie mnie zniechęcają. A i
obowiązków coraz to więcej. Jednak „narty chodzą za mną” i śnią się niekiedy po
nocach.
Ot, pomyślałem, może by tak chociaż raz zjechać jeszcze ze
„świętej góry”, znaczy z Kasprowej. (Bo Kasprowy dla starszych narciarzy to
taka święta góra; dopiero „zaliczenie” jazdy tam „pasowało” na narciarza.
Synowie wybierali się na narty. Miałem nadzieję, że jakoś
się do nich „przykleję”. Bo tylko początkiem marca mogę – temperatura nie za
niska, a jeszcze mogę zrobić kilka dni przerwy w pracach ogrodniczych.
Ale gdzie tam, samochód miał już ładunek, a moja waga
znacznie obciążyłaby słabe amortyzatory.
Tak traktuje
rodzica, który nauczył ich jeździć na nartach, młode pokolenie.
Fakt, że jednym z powodów mojej perwersyjnej chęci udania
się na narty jest brzuch, który zaczął mi już spadać (na kolana). Bo żona
podkarmia, ale patrzy na to krzywym okiem. A zabrać ją na Kasprowy – boi się, a
do tego „siadły” jej kolana. To kto o mnie zadba po nartowaniu?
Młodzież wróciła w niedzielę. W poniedziałek cały dzień
jeszcze prace przydomowe. Skończyłem około 20.00. I stwierdziłem, że wszystkich
serdecznie chromolę i jadę na 4 dni na narty.
Poszukiwania sprzętu po zakamarkach. Tego niema, tego nie
mogę znaleźć (po ciemku wziąłem dwie prawe rękawice narciarskie). Ale jakoś
skompletowałem to, co potrzebne. Jeszcze bilet przez internet na pociąg i zrobiła się 24.00. A odjazd pociągu o 5.40
Pojechałem. W Krakowie o 8.50. Doszedłem do dworca – autobus
do Zakopanego stał na stanowisku. 11.20 – Zakopane. Przed dworcem busik do
Kuźnic. Kierowca odebrał ode mnie narty i schował. 3 PLN i jestem o 11.40 w
Kużnicach.
Pusto, zimno, mgliście, breja. Idę do Jaworzynki – może będą
miejsca – zamknięte.
Dogaduję się z chłopakiem w wypożyczalni – przechowa mi
plecak. Przepakowywuję. Plecak na plecy, narty na ramię i w drogę.
No, nie do kolejki – nie korzystam. Ja wchodzę pieszo do krzesełka
na Goryczkowej. Kiedyś , jakies 20 lat temu, zajmowało mi to 50 min. Teraz –
niechby i 2 godziny.
Są już zjeżdżający na dół. Kłaniają się mi z uśmiechem, bo
pogoda nie najlepsza. Pani sprzedająca wejściówki zdziwiona, że jeszcze ktoś
idzie do góry. A co mi tam. Najwyżej zjadę nartostradą.
Idę. Żołądek żegna
się z cywilizacją.
Bue – znaczy jakieś e 32?
Buue - znowu jakiś
konserwant.
Bue – jest jeszcze i E64, czy coś koło tego.
Po godzinie marszu tabliczka „Dolna stacja kolejki 0,4 km”.
Dobre sobie. Tylko nie dodali, że z tych 0,4 km to przynajmniej 150 jest do
góry.
Bue – tym razem kiełbaska – chyba rzepedzkim dymem wędzona.
Godzina dwadzieścia. Dochodzę. Co prawda pot mi po ... spływa, ale wturlałem się. W bacówce
pusto. Barszczyk i fasolka. Pół godziny odpoczynku. Dopasowuję buty. Duże
problemy z zapięciem klamer – coś z przodu blokuje możliwość pochylenia... w
końcu... jakoś... sposobem. Jest. Pierwszy problem rozwiązany.
14.00 jestem na krzesełku. Mgła. Dojeżdżamy na górę.
Mgła się przerzedza i na górze jest słońce. Poniżej warstwa
chmur tak na wysokości ok. 1800 m.n.p.m. Widać samą kopułę Giewontu z krzyżem
(Polonia powinna wybierać się w góry z dziećmi, a nie szukać obrazków z Rio),
to rzadki widok. Dopiero dalej masyw Czerwonych Wierchów z mgłą wypełniającą
żleby.
Jadę w dół. Nawet jakoś idzie.
Robię trzy obroty – i starczy. Jak powstaną zakwasy – to
przechlapane.
Zjeżdżam do Ronda i szukam noclegu. Trafiam na Zwierzyniecką
– to uliczka prowadząca „Do Pana
Szewca”. (Nigdy wcześniej nie nocowałem w Zakopanem – bo fama szła o wysokich
cenach i kłopotach z miejscami).
Miejsce – bez problemu – zapytałem pod numerem 13 bo to było
13. 03. Warunki dobre, a cena przystępna. Gaździna sympatyczna i rzutka (też
narciarka).
W ogóle jestem pozytywnie zaskoczony zmianami – autobusiki
kursują sprawnie, kierowcy uprzejmi i pomocni. I nie jest to tylko wyuczona
uprzejmość, ale już styl. Sympatyczne traktowanie na kwaterach, a ceny nie
takie wysokie , jak fama głosi. Niższe niż w Białce.
Na kwaterze – przestronnie i wygodnie. Jest kuchnia, gdzie
można nawet samemu gotować. Jakieś zakupy, herbata, kanapka, prysznic – i
jestem tak padnięty, że idę spać. Leżąc już analizuję, co mnie nie boli. Że
noga – wiadomo, prawa ręka – pozostałość jesiennej nauki latania, też. Kłopot,
że trudno mi utrzymać kijek. Wszystkie mięśnie – no czuję. Chyba tylko nos i
uszy...
Drugi dzień.
Wejście – 1h15min.
Nawiązuję kontakt werbalny z panią od wejściówek. Mówi, że
jestem drugi wchodzący z nartami.
Na górze mgła i prószy. Trudna jazda „w mleku”.
To specyficzny rodzaj nartowania. Bo jest jazda na stoku –
to mogą wszyscy, ale piękna jest jazda ze skrętem „ciętym” – wygląda to jak
pływanie. Bez wysiłku, bo narty same wyrzucają ze skrętu w skręt – trzeba tylko
odpowiednio ustawić sylwetkę. Mało takich narciarzy – i zawsze przyjemnie na
nich popatrzeć.
Jest jazda w kopnym śniegu – też specyficzna, a wymagająca
dużych umiejętności. I jest jazda we mgle. W zasadzie najwyższe umiejętności,
bo jedzie się jak z zamkniętymi oczyma (wszystko jedno – i tak, nic się nie
widzi). Błędnik nie działa, bo nie ma punktów odniesienia. Śnieg i mgła zlewają
się. Wykonywanie skrętów jest bez udziału wzroku – na podstawie wyczuwania
terenu nogami. Trudne, ale wrażenia niesamowite.
Mnie to „wyczuwanie terenu nogami” za bardzo nie wychodzi.
Jazda szarpana, bardzo męcząca. A oczu nie otwieram, bo zacina drobnym śniegiem
– nie mam gogli, a okulary tu tylko dodatkowo przeszkadzają.
I co też to żelastwo nie potrafi z człowiekiem zrobić....
„Zaliczam” 4 zjazdy i do domu. Czuję wszystkie mięśnie i
doskonale wiem, gdzie zaczynają się nogi. Jakoś dotarłem. Poleżałem pół
godziny. Trzeba jeszcze zejść i coś kupić. I problem – schody.
Schody, jak sama nazwa wskazuje, to wymysł górali, aby
okazywać swą wyższość nad ceprami.
Wracam. Prysznic i na „wyro”. Nartowanie jest cudowne. Jak
to dobrze, że jestem sam i nie mam okazji do tej większej przyjemności. Chyba
bym nie przeżył.
Trzeci dzień. Pani stwierdza, ze jestem piąty – była grupa 4
osób.
1h15min., ale już bez „wysiłku woli”. Na górze „lampa”.
Jeździ się nieźle – a trzeci dzień jest kryzysowy.
Mam już nawet kilka odcinków płynnej jazdy. Nawet pojechałem
po nieratrakowanej trasie – ale to jeszcze nie te umiejętności.
6 zjazdów. Twarz piecze od „przysmażania”. Schody jakby
bardziej przystępne. Nawet trochę czytałem wieczorem.
4 dzień. Tym razem jestem 9, a zacząłem wchodzić prawie pół
godziny wcześniej niż poprzednio.
(Rozmawiam w bacówce – też zauważają, że bardzo mało ludzi
wchodzi pieszo. A jeśli już – to raczej starsi. Często pod 70-kę).
1h5min. Po wejściu – już nie odczuwałem konieczności picia.
Aklimatyzacja.
Znowu „lampa”. Krem i zasłaniam się jak mogę przed słońcem.
Jest więcej ludzi.
Nogi jeszcze słabe, ale mam już sporo „dobrych” odcinków.
Dostrzegam, że dziewczyny zatrzymują się , aby popatrzeć jak jadę. Znaczy, że
chyba zbliżam się do normy.
Cóż. Znaczy – jeszcze jakoś daję radę.
Trzeba zakończyć eskapadę. Czas wrócić do mojego zielska
ogrodowego.
Więc, jakby ktoś z czytających zamierzał upiększyć swą
działkę liliami, albo piwoniami, albo funkiami – to zapraszam do nabycia u
mnie. Tą drogą wspierać będziecie takie eskapady.
A gdyby naszła was chęć uprawy warzyw takich jak pomidory,
ogórki, czy selery – to też rozsady można u nas zamówić. Takie warzywa nie zawsze
bywają najpiękniejsze, ale nie ma po nich „żołądkowych pożegnań cywilizacji”. A
smak jest taki, że człowiek wie dlaczego je.
No to wróciłem (żona mnie przywiozła z dworca). Psy wykonały
taniec radości. Kot od razu pobiegł do miseczki – to przejaw jego miłości – tak
swego Pan kocham, że pozwalam mu się nakarmić smakołykami.
Położyłem się spać. Jeszcze tylko przyszedł kot. Miałknął prosząco, a
kiedy go zawołałem, wskoczył na łóżko, polizał
po nosie , przytulił się i zaczął mruczeć mi do ucha kołysankę.
PS. Kiedy rano pochyliłem głowę, to nawet udało mi sie coś zauważyć poniżej brzucha. I to bez patrzenia w lustro. O!!!
|